|
Rozdział I
Za oknami zacinał deszcz. Tu gdzie była nasza klatka panował półmrok.
Właściciele sklepu zoologicznego zawsze zostawiali nam zwierzętom, jakieś małe
światełko, aby nie było nam źle. Wczoraj zmieniono nam tak jak innym zwierzakom
ściółkę i dano siana, a więc ja i moje trzy siostry mieliśmy ciepło i sucho.
Leżałem wtulony w rodzeństwo oczekując na przyjście pierwszego człowieka - pani
Judyty. Gdy usłyszeliśmy szczękanie w drzwiach wszyscy zerwaliśmy się z miejsc,
nawet chomiki w klatce po prawej stronie otworzyły oczy, a myszoskoczki w klatce
po lewej zerwały się do drzwiczek. Pani Judyta weszła tyłem, była cała mokra, ale
uśmiechnęła się do nas. Bardzo lubiłem sklep w którym przyszło mi zamieszkać.
Mimo iż byłem zdala od pozostałego rodzeństwa było mi tu dobrze; moim siostrom
zresztą też. Judyta zdjęła płaszcz i sprawdziła czy wszyscy mamy jedzenie.
Później otworzyła klatkę z chomikami i wyjęła oba zwierzaki. W tym sklepie każde
zwierzę było traktowane na równi. Każde z nas codziennie było brane na ręce i
oswojone. Większość zwierząt najbardzie lubiło panią Judytę bo to ona nas brała
na ręce. Kiedy w końcu oporządziła wszystkie zwierzaki z nami włącznie, przyszły
pozostałe właścicielki - pani Ewa i pani Anna. Później zaczęli przychodzić
klienci. Nie było ich zbyt wielu ponieważ dzisiaj padało. Nagle zupełnie
niespodziewanie do sklepu wpadł chłopiec i podbiegł do Judyty. Zapytał czy są
szczury, Judyta podprowadziła go do naszej klatki i pokazała nas. Chłopiec
zapytał czy są samce, a ja popatrzyłem na siostry - uśmiechały się i życzyły
powodzenia. Odwzajemniłem uśmiech i weszłem na ręce Judycie, a ta podała mnie
chłopcu. Dzieciak pogłaskał mnie, powąchał i dokładnie obejrzał. Potem
powiedział, że mnie bierze. Uradowany weszłem do białego pudełka i czekałem,
czekałem na to co mnie czeka.
Rozdział II
Gdy tak oczekiwałem było strasznie zimno i niebywale trzęsło, bardziej nawet niż
wtedy gdy przyjechałem do sklepu. Szczerze mówiąc trochę się bałem. Nagle
przestało trząść i pudło otworzyło się. Było przytknięte do otworu - wejścia do
klatki. Wyszedłem ostrożnie i odwróciłem się. Chłopiec uśmiechał się do mnie.
Minęło kilka dobrych godzin, a ja poznałem swoją klatkę, najadłem się do syta i
napiłem. Do pokoju wszedł chłopiec i wyciągnął mnie z klatki. Niósł dość długo,
a potem w dużym pokoju zobaczyłem jeszcze trójkę ludzi. Wszyscy oglądali mnie i
brali na ręce. Najgorzej było gdy najmniejszy wziął mnie na ręce: najpierw
ścisnął mnie tak, że przez chwile nie mogłem oddychać, potem ciągnął za ogon, a
później machał mną i tarmosił. Nie wytrzymałem - ugryzłem go. Bachor zaczął się
drzeć, a ja "wypadłem" mu z rąk. Rozpłaszczyłem się na ziemi i jak najszybciej
zerwałem się do biegu. Ludzie krzyczeli, a chłopak co mnie kupił biegł przez
chwilę za mną. Biegłem prosto przed siebie jak najszybciej umiałem. W końcu
wcisnąłem się gdzieś w ciemną dziurę, gdzie nikt nie mógł mnie dostać. Chłopiec
zaczął płakać, a ci jego rodzice zaczęli krzyczeć na niego. Ja wcisnąłem się
jeszcze głębiej i czekałem. Później zasnąłem.
Rozdział III
Nie wiem ile spałem, starałem się spać jak najwięcej, ponieważ byłem głodny i
strasznie się bałem. Są jednak pewne granice - po prostu już nie mogłem spać.
Wysunąłem ostrożnie pyszczek, a potem całą głowę. W pobliżu nie było nikogo.
Rozejrzałem się - na podłodze była moja klatka, drzwiczki były otwarte.
Wystrzeliłem jak rakieta, wparowałem do klatki i najadłem się - opróżniłem
niemal całą miskę, napiłem się i zwiałem, ale już w inne miejsce. Tam gdzie
usiadłem był widok na cały pokój. Zwiedziłem nowe miejsce i zabrałem się do
czyszczenia futerka. Już kończyłem gdy nagle usłyszałem jak otwierają się drzwi.
Wszedł chłopiec, miał jakieś małe podłużne pudełeczko ze szkiełkiem na jednym
końcu, w drugiej dłoni miał kawałek szynki. Zajrzał do miejsca w którym
poprzednio siedziałem, a z pudełka zaczęło emanowac światło. Nie był zadowolony,
zaglądał w inne ciemne dziury, jednak mojej skrytki nie odkrył. Potem zajrzał do
klatki i wyciągnął miskę, napełnił ją znowu jedzeniem i wyszedł.
Minęło jeszcze kilka dni, za każdym jednak razem jakoś uchodziłem i chłopak nie
znajdował mnie. Aż do dziś. To dziś złapał mnie i wpakował do klatki. Nastepnego
dnia nawet nie zwracał na mnie uwagi. Było mi smutno. W sklepie było mi dużo
lepiej. Byłem brany na ręce i głaskany. Zawsze miałem czysto w klatce. Tu było
dużo gorzej. Nawet przez trzy dni nie dawano mi jedzenia. Po pokoju cały czas
kręcili się jacyś obcy ludzie. Całymi dniami grała głośno muzyka. Tu było
okropnie.
Rozdział IV
Minęły dwa miesiące. Leżałem na zimnych kratach pięterka. Wolałem leżeć na
zimnym niż na mokrym. Ściółka w klatce od mojego przyjazdu była zmieniana tylko
dwa razy i teraz była mokra i cuchnąca. Siano było jakieś dziwne. Woda skończyła
mi się wczoraj, jedzenie miałem trzydniowe, ale to i tak było dobrze. Na rękach
byłem w sumie dwa razy. Poza klatką z woli właściciela jedynie raz. Moja klatka
stała przy drzwiach i było potwornie zimno. Dodatkowa mój właściciel słuchał
właśnie muzyki, kiedy usilnie próbowałem zasnąć. Bardzo tęskniłem za sklepem i
za Judytą. Chociaż i ją już powoli zapominałem.
Kilka dni póżniej obudziłem się rano i nie czułem się najlepiej. Było mi zimniej
niż zwykle, a pozatym kichałem. Do pokoju weszła kobieta. Popatrzyła na mnie z
odrazą i zawołała chłopaka. Rozmawiali przez chwilę, a później na gwałt
wyciągnęli z klatki i załadowali do pudła. Bardzo się bałem i nie wiedziałem co
się ze mną stanie.
Rozdział V
Znowu trzęsło i było zimno. Domyślałem się, że gdzieś mnie niosą.
Trwało to już dłuższą chwilę, gdy nagle ktoś uderzył pudełkiem tak mocno, że
podskoczyłem. Słyszałem jak ludzie się o coś kłócą, ale było mi to obojętne.
Miałem nadzieję, że nie trafię spowrotem do tego okropnego domu. Usiadłem w
kącie i zwinąłem w kłębek, czekałem. Potem głosu ucichły, a ktoś uchylił wieko
pudła. Do środka wlało się światło. Potem znów słyszałem głosy ludzi, które z
kądś znałem. Ktoś otworzył pudełko, w którym siedziałem. Zrobiło się jasno.
Usłyszałem:
- Hej, to ten szaro - biały husky, którego sprzedałam temu dzieciakowi jakieś
dwa miesiące temu!
Nie wierzyłem własnym uszom. To był głos Judyty. Nie wierzyłem we własne
szczęście. Judyta wyjęła mnie z pudła i obejrzała. Potem rozmawiała długo z
panią Ewą i panią Anią. Wsadziła z powrotem do pudła i znowu zaczęło trząść.
Znów mnie gdzieś niesiono. Później byłem u "weterynarza". "Weterynarz" jest to
człowiek, który leczy zwierzęta. Oglądał mnie i "badał". Potem długo mówił o
mnie z Judytą. Dał jej coś, a ona podała mu jakieś kolorowe papierki i okrągłe
krążki. Potem znów zamknięto mnie w pudle.
Rozdział VI
Gdy otworzyła pudło byłem w miejscu którego dotychczas nie widziałem. Słyszałem
jak Judyta rozmawia z jakimś mężczyzną. Potem otworzyła pudełko i pokazał mnie
temu facetowi. Gostek pogłaskał mnie delikatnie po głowie. Potem siedziałem
Judycie na ramieniu, a ona lała wodę do jakiegoś pojemnika. Zdjęła mnie z
ramienia i umieściła w pojemniku z wodą. Woda była ciepła i było mi bardzo
dobrze. Kobieta wzięła jakąś "szczoteczkę do zębów" czy coś takiego i delikatnie
myła moją sierść. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem sie lepiej. Następnie gdy
skończyła wyjęła mnie z pojemnika i wylała wodę. Nalała świeżej i wsadziła mnie
do niej. Potem mnie "opłukała" i postawiła w "zlewie". Strzepnąłem wodę z
futerka opryskując wszystko dookoła. Judyta śmiała się. Więła mnie i postawiła
na czymś miękkim i niebieskim. Owinęła mnie tym czymś tak, że wystawała mi tylko
głowa. To było równie przyjemne jak kąpiel. Potem niosła mnie i usiadła na czymś
zwanym "kanapą" lub "sofą". Trzymała mnie owiniętego w ręcznik, a obok leżał
stwór zwany psem. Widziałem psy w naszym sklepie, ale ten był dużo większy,
czarny podpalany z stojącymi uszami. Na szczęście nic mi nie zrobił, był
przyjaźnie nastawiony. Potem zasnąłem. Gdy się obudziłem nadal byłem owiniety
ręcznikiem i koło Judyty. Ona oglądała jakieś czarne pudełko w którym zmieniały
się obrazy i byli ludzie i zwierzęta, wydawało ono ciche dźwięki. Judyta
zapytała czy obudziła mnie tym "telewizorem". Gdybym umiał mówić powiedział bym
jej, że nie, ale nie umiałem więc tylko na nią popatrzyłem. Wstała i na siłę, co
nie było do niej podobne wstrzyknęła mi do pyszczka coś ochydnego, a gdy
połknąłem to dała mi kawałek sera. Myslę więc, że mogę jej wybaczyć to
"lekarstwo". Później Judyta wsadziła mnie do klatki. Była tu czysta ściółka. W
rogu stał drewniany domek, a wśrodku usłany był świeżym sianem. Dalej była
miseczka i z górą jedzenia, a wyżej poidełko ze świeżą wodą. Na pięterku był
hamak. Moja mama mówiła mi, jeszcze jak byłem z nią, że mój ojciec spał w
hamaku. To było najlepsze miejsce w całej klatce, ale tylko tata i mama mogli
tam spać. Teraz ja miałem swój hamak, tylko i wyłącznie mój. Tak więc
zamieszkałem u Judyty.
Rozdział VII
Jak okazało się nastepnego dnia, prócz mnie i psa, dom Judyty zamieszkują inne
zwirzęta - oczywiście szczury. Były to dwie samiczki, które mieszkały w klatce
obok mnie i samczyk, mieszkający w klatce obok tej, którą zamieszkiwały samice.
Obydwie szczurzyce były bardzo ładne. Jedna z nich zwana Kolą była całkiem
czarna. Druga zaś kremowo - biała miała na imię Kinia. Kiedy na nia patrzyłam
wydawało mi się, że jest zawsze smutna. Jak już wspominałem, prócz samic
mieszkał tu jeszcze jeden samiec. Jego sierść miała barwę biało - czarną; był
kapturem. Był starsz odemnie, w przeciwieństwie do samic, bedących w moim wieku.
Nazywano go dwojako - Abdul, lub Szugar. Jak później sie dowiedziałem, imię to
pochodzi od angielskiego wyrazu "shugar", znaczącego "cukier".
Jadłem właśnie obiad, po drzemce. Czułem się świetnie, gdy do klatki podeszła
Judyta. Popatrzyła na mnie i zestawiła moją klatke, podobnie jak klatki innych
na ziemię, poczym otworzyła drzwiczki. Połozyła sie na łóżku i zaczęła czytać
coś zwanego "książką". Tymaczasem ja patrzyłem jak moi sąsiedzi wyszli ze swoich
klatek, i zaczęłli sie przyjacielsko obwąchiwac. Ostroznie wysunąłem się z
klatki i zbliżyłem się do towarzystwa. Samiczki cofnęły sie trochę, natomist
Szugar wystąpił smiało do przodu. Szczerze mówiąc troszkę sie wystraszyłem,
ponieważ był wiekszy odemnie i wyglądał na groźnego. Ale on delikatnie powąchał
mój nos i usmiechnął się.
- Jestem Szugar, kiedys zwany Abdulem - powiedział.
- Cześć - odparłem - Ja jestem...eee... Nie mam imienia...
Szugar usmiechnął się znów i powiedział, że cos wymyślimy i zaprowadził do dam.
Dziewczyny okazały się naprawdę miłe. pozatym przekonałym się o tym, że Kinia
jest naprawdę smutna, co prawda nie poznałem przyczyny smutku, ale wiedziałem,
że to co widziałem przez szpary klatki było prawdą. Mimo to teraz po raz
pierwszy zobaczyłem na jej pyszczku lekki usmiech. Szugar zresztą nie ustepował
im w uprzejmości. Kiedy zostałem wprowadzony w towarzystwo, rozpoczęlismy zabwę.
Otóż bawilismy sie w berka. Ganialiśmy po całym pokoju. Po raz pierwszy w życiu
bawiłem sie tak dobrze. potem szczury zapoznały mnie z psem. Pies okazał sie być
stworem wyjątkowo miłym. Dużo większym od nas, ale mimo to wspaniałym
towarzyszem do zabaw. Bawilismy sie dłuższą chwile, a gdy zabawa nalezycie nas
zmeczyła. Usadowliśmy się obok psa, na jego miękkim kocyku i zaczęlismy
rozmawiać. Dowiedziałem się wówczas wielu rzeczy. Poznałem historie imienia
Szugar. Opowiem ja, ponieważ nie jest zbyt długa: Otóż, wszystko zaczłeo się w
"schronisku dla zwierząt". Schronisko jest toi takie miejsce, w którym zwierzaki
nie chciane, porzucone lub bezdomne znajdą miejsce do spania, godziwą opiekę i
pozywienie. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale tak mi to wytłumaczono. Abdul,
bo tak został nazwany, przez swojego właściela, został tam przeniesiony,
poniewaz jego pan, znudził sie nim. Mieszkał tam krótko, bo pojawiła się Judyta
i go stamtąd zabrała. Nie wiedziała, bo i skąd miałby wiedzieć, że szczurek,
którego wybawiła, ma jakieś imię. Dlatego kiedy przyniosła go do domu i
posadziła na stole kuchennym, aby mu się przyjrzeć i nadac jakieś imię,
zauważyła, że ciagnie go (Abdula) do cukiernicy stojącej na stole. W końcu
szczurek wdrapał sie na nią, ale Judyta delikatnie ściągnęła go z niej. Wyjęła z
szafki kostkę cukru i połyżla na stole. Abdul zacząl się nią bawić, pchac
przepychać i przeskakiwać. W końcu ja polizał. Wtedy Judyta miała jush imię.
Stwierdziwszy, że cukier brzmiało by troszke głupio, nazwała go tym "cukrem",
ale po angiesku, co według wszystkich brzmi lepiej. Od Abdula zaczęła sie
przygoda ze szczurami. Judyta strasznie zainteresowana tymi zwierzakami,
dowiedziła sie o nich wiele i postanowiła założyć "mini hodowlę" stąd, kilka
miesięcy później w domu, w klatce obok Szugara zamieszkały dwie zaprzyjaźnione
samiczki, w tym samym wieku - Kola (od napoju Coca - cola, równie czarnego jak
ona) i Kinia. właściwie imię Kinia nie pochodzi od niczego, Kinia to Kinia i
już. ta rozmowa troche się przeciągnęła i Judyta zabrała nas i powsadzała do
klatek. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mi to ash tak, ponieważ wybiegałem
się i chciało mi sie tylko pic i spać. Kobieta jednak nagle przypomniała sobie o
moim lekarstwie, dlatego wyjęła mnie z klatki i zabrała do kuchni, gdzie podała
mi je na siłe. Nie chciałem jej gryźć, więc musiałem je połknąć. Jednakże wyszło
mi to w pewnym sensie na korzyśc, ponieważ dostałem za to kawałek marchewki.
Siedziałem na kolanach Judyty jedząc swoja marchewkę, a ona delikatnie głaskała
mnie; potem zanisoła do klatki. Napiłem sie i położyłem w hamaku. Tuż przed snem
rzuciłem spojrzenie na klatkę samic. W podobnym hamaku leżała Kinia, była
smutna. Barrdzo mnie interesowało czemu jest taka przygnębiona, wydawało mi się
jednak, że narazie nie warto o to pytac, bo i tak mi nie odpowie. Pozatym, nie
rozumiem dlaczego, tak bardzo zależało mi na tym aby ona się ... uśmiechnęła.
Wyglądała przecież tak ładnie... Z takimi myslami, i troszkę przygnębiony
położyłem się spac.
Rozdział VIII
Minął tydzień, moje przeziebinie przeszlo. Czułem sie sietnie. Dosłownie jak w
Raju. Mogłem sie bawić, byłaem brany na ręce, dostawałem smakołyki, miłem własny
hamak, czytsą sciółke i wszystko czego dusza zpragnie. Wtedy wydawało mi się, że
tak bedzie już zawsze... Niestety. Myliłem się.
Pamiętam dobrze. Zapowiadła sie burza. Judyta wstała wcześniej, niż w każdy inny
poniedziełek. Oporządziła się, wyszła z psem, a gdy wróciła wyjęła mnie z
klatki. Zdziwiło mnie to. Posadziła na łóżku i mówiła:
- Posłuchaj. Byłes chory, teraz jesteś zdrowy, co mnie bardzo cieszy. Chciałbym
abyś u mnie został, niesety nie mogę cie zatrzymać. Szef dostał zamówienie na
szczura husky w twoim wieku. Musimy cie sprzedac hodowcy. Dla szefa nie liczy
się nic prócz forsy; niewiele go obchodzi komu sprzedaje zwierzaki. Nie chcę
tego, ale dzisiaj wracasz do sklepu... - ucięła, patrząc w moje oczy - Pewnie i
tak nic nie rozumiesz...
Ale ja zrozumiałem. Jak zahipnotyzowany patrzyłem w jej oczy. Wtedy kiedy tak
siedziałem wydawało mi się, że to jej wina, że skrzywdziła mnie. Nie mogłem tego
zrozumieć, nie umiałem, nie chciałem. Nie chciałem jej znać. Nie wiedziałem czy
mam uciekac czy tu zostac. Poprostu jka to się mówi "bolało". Nie chciałem jej
skrzywdzić więc pozwoliłem sie zanieść do sklepu, w wewnetrznej kieszeni kurtki.
Film mi sie urywał co jakis czas. Nie bałem się, dla mnie wszystko się
skończyło. Było mi obojetne gdzie trafię, do jakiego domu i jakich ludzi. Nie
chciałem znac rasy ludzkiej, ani szczurzej. Chciałem zapomniec o psie, Szugarze,
Koli i Kini, zwłaszcza o Kini. O tym jak było mi dobrze, własnie u człowieka...
----
Pamiętam tylko kilka chwil ze sklepu zoologicznego. Dokładnie jedynie rozmowę z
szczurem, młodszym odemnie, typu "masked", czyli całkiem białego z brązową
"maską" na oczach. On też miał trafic tam gdzie ja. Potem pamiętam juz tylko jak
Anna wyjęła mnie z klatki i wsadziła do białego kartonika. Kątem okiem widziałem
jak Judyta wsadzała młodego maskeda do drugiego pojemnika. Potem zasnąłem,
wyczerpany tym wszystkim co mi sie przytrafiło.
----
Obudziłem się. Obok leżał, na wpółprzytomny masked. Gapił się tempo w jedo
miejsce dziwnej, małej klatki. Dlaczego dziwwnej? Bo miała krate jedynie z
przodu i u góry. Pozostałe ściany były z litego drewana. Klatka była mała.
Panował półmrok, słyszałem wiatr i deszcz za oknem. W klatce było czysto i
sucho. Była miska pełna jedzenia, woda i siano. Podeszłem do młodzika i
wytrąciłem go z transu. Poczułem się za niego odpowiedzialny, kiedy leżał taki
wyczerpany i smutny. Pomogłem mu dojśc do miski. Zaczął jeść. Kiedyy się najdł,
zpytał czy ja nie chcę jeść... Skłamałem szybko, że nie. Nie wiem czemu, ale
wolałem, żeby tak było. Nagle do pokoju gdzie stała klatka wesżły dwie osoby -
mężczyzna, który nas kupił i chłopiec. Odrazu poczułem do nich niechęć.
Odsunąłem sie od kraty, w moje slady poszedł masked...
Rozdział IX
Obaj wbici w róg klatki, patrzylismy na dwóch osobników, zbliżających się coraz
bliżej do naszej klatki. Podzeszli cichutko, spokojnie i nie wykonując
gwałtownych ruchów. Szczerze mówiąc zdziwiło mnie to, ponieważ ludzie zwykle
podchodzili do nas całkiem normalnie - dość szybko, nie przejmując się tym, że
szczury słyszą dużo lepiej. Obaj zatrzymali sie przed klatką. Rozmawiali
szeptem, chłopiec, wyglądał na szczęśliwego, a równocześnie można było się
domyślić, że jest mądrzejszy od mojego poprzedniego właściciela, mimo, iż
wydawali się być w tym samym wieku. Starszy mężczyzna otworzył cicho drzwiczki
klatki i ostrożnie włożył doń rękę z kawałkiem marchwi na niej. Domyśliłem się,
że oczekuje iż któryś z nas wejdzie na jego dłoń. Chwile sie wahałem. Ale potem
ruszyłem w stronę dłoni i obwą****ąc ją, powoli weszłem. Facet delikatnie
wyciągnąl rękę, drugą tworząc nad moją głową daszek. Potem delikatnie pogładził
mnie po głowie. Wyjaśnił chłopcu, że tak powinien nas wyjmować z klatki i dodał,
że nigdy nie może wyciągac nas na siłę, bo jeśli on się o tym dowie to, więcej
nie dostanie pod opiekę, rzadnego zwierzaka. Dzieciak skinął głową i zupełnie
jak ojciec wyją z klatki mojego współlokatora. Puścili nas na łóżko. Ludzie cały
czas o nas rozmawiali. Nie słuchałem ich, ponieważ pochłonęły mnie rozmyslania.
Stwierdziłem, że tu będzie napewno lepiej niz u tego potwornego chłopaka, który
się mną nie opiekował, ale... No własnie, ale gorzej niż u Judyty. Kiedy tak o
tym rozmyślałem, nawet nie miałem pojęcia, że trafiłem do hodowli i nie
wiedziałem też, że prócz młodego maskeda jest tu dużo wiecej szczurów.
----
Minęły dwa miesiące. Czułem się tu dość dobrze. Klatkę, nadal tę samą i stojącą
w tym samym miejscu dzieliłem z maskedem. Żyło nam się dość dobrze. Sćiółkę
zmieniano co tydzień, więc było czysto. Jedzenie dostawaliśmy codziennie świeże,
a wody nigdy nie brakowało, tak jak siana. Klatka stała w miejscu jasnym, gdzie
nie było przeciągów i było ciepło. GBrani na ręce byliśmy dość często. Nie
biegaliśmy codziennie, tak jak gdy byłem u Judyty, ale rzadko i to tylko na
łóżku. Chłopak sumiennie się nami zajmował i wydawałoby się, że wszystko jest
dobrze. Aż do tego pamiętnego dnia.
To był sobotni ranek. Promienie słoneczne wlewały się do pokoiku przez uchylone
okno. Lekki zefirek poruszał firankami. W łóżku smacznie spał nasz młodszy
właściciel. Obok mnie drzemał sobie jeszcze młodziutki masked. Nagle zagrało
radio. Masked leniwie otworzył oczy. A w łóżku, nasz pan przekręcił się i
wyłączył radio. Potem usiadł na łóżku, ziewnął, poczłapał do drzwi, a
przechodząc koło naszej klatki mruknął z usmiechem "cześć". Tak wyglądała każda
sobota, ta początkiem niczym się nie różniła. Było południe. Do pokoju wszedł
nasz właściciel i starszy mężczyzna - jego tata. Rozmawiali o czymś szybko, a
nasz pan nie wyglądał na zadowolonego i cały czas powtrzał "Ale mówiłeś, że one
są moje!" i "Nie chcę ich oddawać do hodowli"
Potem wziął nasza klatkę i gdzieś nas niósł. Nie wiedziałem gdzie i po co, ale
nie bałem się. Masked siedzący kołomnie wtulił się w mój bok lekko dygocąc - bał
się. Po dłuższej chwili zniesiano nas do jakiegos pomieszczenia z klatkami, a w
nich siedziały szczury. Słońce oswietlało całe pomieszczenie. Były tu różne
sprzeęty, potrzebne do opieki nad gryzoniami. Stały różne karmy, pojemniki,
poidła, miski itp. Dodatkowo, co mnie zdziwiło, na środku był kojec, z małymi
kratami, wyściełany swieżymi trocinami. Wydawało mi się, że to wybieg i jak się
potem okazało miałem rację. Chłopak tymczasem postawił naszą klatkę, obok
jakiejs innej i wyszedł bez słowa z pokoju. Został sam jego ojciec i zwierzeta.
Facet mruczał coś "Teraz zapoznamy was z innymi szczurami" i wyją nas z klatki;
wsadził do kojca. Potem do kojca wsadił kolejne dwa szczury, a kilka minut potem
cztery następne. Odszedł od kojca i usiadł na krześle przy scianie. Podeszłem do
towarzystwa, za mną powlukł się mały masked. Towarzystwo składało się z dwóch
dorosłych samców i czterech dorosłych samic. Samce podeszły do nas pierwsze.
Były większe odemnie, odżywione dobrze i przedewszystkim silniejsze. Fuknęly na
młodego, a potem zaczęła się bójka. Mały szczurek został mocno poturbowany i
wyjądował, mocno pokrwawiony na boku w rogu klatki. Samce chciały go
najwidoczniej wykończyć. Nie chciałem na to pozwolić. Rzuciłem się na jednego z
nich. Ten jednak szybko zwalił mnie z pleców i ugryzł, nie pozostałem mu dłuzny.
Drugi usunąl się z drogi, bowiem do klatki podszedł mężczyzna. Kątem oka
widziałem jak wyciąga rannego maskeda, nie bacząc zupełnie na resztę. Bójka była
coraz brutalniejsza. Raz za razem zadawaliśmy sobie coraz mocniejsze ciosy, w
końcu do walki włączył się drugi samiec. Osaczony, czułem tylko jak spadaja na
mnie coraz mocniejsze razy. Kolejne uderzenia osłabiały mnie znacznie, powoli
onbraz zaczął mi uciekać, wszystko bolało, czułem jak krew spływa po mnie. Nigdy
nie śmiałem przypuszczać, że stocze taka walkę. Nie przypuszczałem, że ludzie są
tacy ślepi, a szczury tak brutalne. W końcu mężczyzna zauważył, że nadal dzieje
sie coś niedobrego. Odziany w grube skórzane rękawice, uratował mi zycie
zabierając dwa dorodne samce - jednego znacznie poturbowanego przezemnie,
praktycznie ledwożywego, zamulonego tak jak ja w tej chwili i drugiego
trzymającego się lepiej, ale też rannego. Wyciągnął mnie z tego kojca... a potem
nie wiem co sie stało... Nie pamiętam, wiem, że ból zaćmił mi oczy i uszy, nie
czułem juz nic i nic nie widziałem, ani słyszałem. Nie wiedziałem co się ze mną
dzieje, a co gorsza co dzieje się z małym maskedem.
Rozdział X
Obudziłem się. Wszystko mnie bolało, widziałem jakby przez mgłę. Po chwili
jednak zacząłem widzieć dobrze. Leżałem na kawałku jakiejś białej szmatki, poza
szmatką leżały rozłożone gazety. Pod spodem była metalowa podłoga. Wogóle cała
klatka, wyglądając jak ta w której mieszkałem przez ostatnie dwa miesiące była z
jednego materiału - metalu. Stała to mieseczka, a w niej troszkę jedzenia.
Dookoła świeciły, na jaskrawo jarzeniówki. Nie znałem tego mijejsca, ale
wyglądało na niezbyt miłe i sterylne. Wstałem z trudem. Byłem obandażowany na
brzuchu i dość ciężko było mi się poruszać. Do człapałem do miski i zjadłem całą
zawartość, potem bez sił opadłem na szmatkę; znów zasnąłem.
----
Nie wiem ile spałem, w każdym razie gdy znów się obudziłem przy klatce stała
kobieta. Miała na sobie zielone ubranie, a na szyi stetoskop. Blond włosy były
zaplecione w kucyk. Zauważyła, że się obudziłem, bo podeszła do klatki i
otworzyła drzwiczki. Nie chciałem, żeby mnie ruszała, wyjmowała, czy wogóle coś
mi robiła. Staraciłem zaufanie do ludzkich rąk - to przez nie zostałem
upuszczony, prze nie trafiłem do tego kojca, gdzie na dobrą sprawę mogłem
zdechnąć. Istota ludzka nie wiedziała o tym, a ja nie mając siły aby stawić opór
zostałem wyjęty z klatki. Zrobiła to wyjątkow delikatnie - starała się nie
sprawić mi bólu. Potem położyła mnie na stole. Był on strasznie zimny. Tymczasem
kobieta obejrzała mnie, zbadała dokładnie i zdjęła bandaż, a założyła nowy.
Potem przystawiła miseczkę z wodą. Spragniony, nie zważając na jej dziwny smak
wypiłem całą. Po tej wodzie ból jakby ustał. Wróciłem do klatki.
-----
Z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Wszystkie rany, prócz tej na uchu,
wyglądającej teraz jak małe wcięcie zagoiły się. Nie musiałem nosic już bandażu
i co najlepsze powoli odzyskiwałem sprawność. Mimo tego wszystkiego dobrego,
było i złe - nie wiedziałem co sie dzieje z maskedem.
----
To było dwa dni po zdjęciu bandaży. Wyjęto mnie z klatki, co prawda ugryzłem
dotkliwie kobietę która mnie wyciągała, lecz ta nie upuściła mnie, ani też nie
wsadziła spowrotem do więzienia. Postawiła mnie natomiast na tym samym stole co
zawsze. Potem przyniosła maskeda. Nawet nie wiecie jak się cieszyłem. Obaj
obskakiwaliśmy się z radości. Młodziutki szybko odzyskał siły, miał co prawda
kilka blizn, ale całkiem sprawny. Bawiliśmy się wesoło jakieś 15 minut, a
kobieta bacznie nas obserwowała, trzymając ugryziony palec w ustach. Potem
wsadziła nas do jednej klatki, troszkę większej niż poprzednia, o tej smej
budowie z gazetami zamiast trocin i szmatkami zamiast siana. Zabralismy się do
jedzenia. Tymczasem weterynarz wykonywała telefon. Jedząc przysłuchiwaliśmy się
dialogowi:
- Halo? Dzień dobry. Z tej strony Małgorzata Arzt, weterynarz.
Nie słyszelismy co mówi osoba po drugiej stronie więc opoiwem co mówiła dlaej
nasza "koleznaka".
- Ja dzwonię w sprawie tych dwóch szurów, ciężko rannych - oba są już zdrowe,
można stawić się po odbiór. Jak to pan ich nie chce?!
Potem urwała w pół zdania - Ale my nie możemy sie nimi... - odłorzyła słuchawkę.
Zrozumiałem, nasz poprzedni właściel nie odbierze nas. A tu zostac nie mogliśmy
- łatwo było odgadnąć to co chciała powiedziec, dalej w ostatnim, urwanym
zdaniu. Znów nie miałem właściciela. Znów poczułem nienawiść do ludzi. Teraz
chciałem gryźć każdą rękę która po mnie sięgnie. Tak wogóle miałem wątpliwości
co się teraz z nami stanie... Znów zostałem sam....
Rozdział (eee...) XI
Minąl jeden dzień. Nie mówiłem maskedowi nic o tym co mnie teraz dręczyło. Nie
chciałem, aby maluch bał się. Minęła noc. Niespałem trawiony czarnymi myślami.
Potem około południa, do pomieszczeniaweszła znów ta kobieta. Wzięła całą klatkę
i niosła ją długo. Najpierw przez korytarze, podobne do tego pomieszczenia gdzie
była nasza klatka. A potem wyniosła na dwór. Poczułem różnicę temperatury. Było
tu troszke zimniej niż w budynku. Ale za to dużo jasniej. Było wiele więcej
kuszących zapachów i wogóle dużo ładniej. Szliśmy chwilę przez podwórku, az
doszliśmy do samochodu. Kobieta otworzyła drzwi i wsadziła klatkę na siedzenie,
sama usiadła na tylnym i pojechaliśmy.
------
Znów niesiono nas przez podwórko. Potem przez kolejne korytarze. Wyłożone były
białymi kafelkami i miały pastelowo niebieskie ściany. Dlaej do jasnego
pomieszczenia z niebieska ladą i miła panią za nią. Nasza weterynarz postawiła
klatke na ladzie i rozpoczęła konsternacje z miłą panią:
- Dzień dobry - powiedziała Małgosia.
- Dzień dobry, witamy w schronisku dla zwierząt - opowiedziała druga.
- Ja dzwoniłam już do państwa w sprawie dwóch szczurków, czy mogę je tu
pozostawić?
- Tak oczywiście - powiedziała "miła pani" ze smutkiem w oczach i podając naszej
jakiś papier i długopis - Proszę jeszcze to tylko wypełnic.
Nasza szybko wypełniła papier i ruszyła za "miłą panią" gdzieś w głąb budynku.
Mały masked w końcu zapytał o to czego się spodziewałem:
- Co to jest "schronisko dla zwierząt" i czemu tu jestesmy?
- Do schroniska trafiają zwierzęta niechciane, pożucone i bezdomne. Tu otrzymają
godziwą opiekę, pożywienie i miejsce do spania. - powtórzyłem zdanie powiedziane
przez Szugara - Ale nie mają właściela - są niczyje. A więc chyba domyślasz się
czemu tu jesteśmy...
Mały spojrzał mi w oczy, tak smutno jak nigdy. Potem zacisnął je i zwinięty w
kłębek wtulił sie we mnie i leżał tak. Nas tymaczasem doniesiono do
pomieszczenia z kaltkami. Były tu szczury, fretka, świnki morskie, króliki,
papugi i inne zwierzeta klatkowe. Postawiono nas na jakiejś półce i przełożono w
grubych skórzanych rękawicach do innej, małej klatki. Gryzłem rękawice, ale
"miła pani" nic przez nie nie czuła. Od tamtego momentu zrozumiałem, że jesli
człowiek ma na rękach rękawice może mi zrobic co tylko chce. Potem zacinąlem
powieki i na siłę zasnąłem.
Rozdział XII [chyba]
Dni wlekły sie jak jeszcze nigdy. Każdy był niemalze identyczny. Z samego rana
dawano nam świeżą wodę i jedzenie. Potem długo nie działo się nic, no może
czasem przechodził tędy jakiś człowiek, co poniektórzy zwracali nawet na nas
uwagę, ale nigdy nie działo sie coś więcej. Potem, około południa przychodziła
jedyna osoba, której nie gryzłem - młoda wolontariuszka. Kiedy przychodziła
zawsze miała dla nas coś smacznego, codziennie coś innego. Ona też raz w
tygodniu zmieniała nam ściółkę. Jeśli było ciepło zabierała nas na spacery, a
raz na miesiąc pozwalała nam się wykompać. Niestety, mimo, że była u nas
codziennie, to tylko na godzinę. W dni wolne przychodziła na dłużej - nawet na 3
godziny. Miała na imię Ola - z nią spędziliśmy najmilsze chwile, podczas pobytu
w schronisku. Prócz nas zajmowała się jakimś psem. Psa również dane było nam
poznać. Była kremowa z białym brzuchem i sięgała do kolan dziewczynie. Nazywano
ją [psa] Sara. Obaj ją polubiliśmy. Potem Ola szła do domu. I nie działo się
nic. Potem była noc i to wszystko... tak właśnie wyglądał nasz pobyt w
schronisku. Prócz poznania Oli, stała się jeszcze jedna miła rzecz. Otóż
któregoś dnia Ola postanowiła nas nazwać. Siedziała na podłodze a my bawiliśmy
się z Sarą piłką. Ola patrzyła na nas i zastanawiała sie nad jakimiś imionami.
gdy zmeczeni zabawą ułożyliśmy się między przednimi łapami Sary, dziewczyna
wzięła nas obu i wsadziła do klatki. Potem powiedziała, wskazując na mnie:
- Ty bedziesz Kamchu - powiedziała - A ty [pokazała na Maskeda] Spot.
Potem dała nam po paluszku [takim do jedzenia], podrapała za uszami i wyszła.
Zadowoleni najedliśmy się i poszliśmy spać. Od następnego dnia Ola zaczęła nas
uczyć, regowania na imię. Chodziło o to, żeby kiedy ona powie "Kamuchu, chodź
tu" to żebym ja podchodził. Na początku, ustawiła mnie na ziemi, a sama kucnęła
kilka kroków odemnie. W ręku trzymała słonecznik. Zawołała mnie: "Kamchu" i
zapukała palcami drugiej ręki w ziemię. Na początku nie wiedziałem o co chodzi
więc ją jak to sie mówi "olałem". Ale ona znowu zrobiła to samo. W końcu
postanowiłem zabrać jej ten słonecznik. Podeszłem, a ona oddała mi ziarno,
powtażając "Kamchu". Potem klasnę w ręce i kazała to samo robic Maskedowi, to
znaczy teraz już Spotowi. Spot zapytał mnie co ma robić. Powiedziałem, że niech
podejdzie do niej to dostanie ziarno, tak jak ja. I tak ćwiczyliśmy codziennie.
Pewnego dnia Ola zawołała mnie, ale nie miała smakołyku. Mimo, że o tym
wiedziałem, odruchowo podeszłem do niej. Nawet nie wyobrażacie sobie jak ona się
cieszyła. Gdy to samo zrobił Spot skakała po całym pomieszczeniu. A my
cieszylismy się z tego, że ona się cieszy.
W następnym tygodniu uczylismy sie "Prosić". Kiedy Ola jak codzień wypuściała
nas, powiedziała:
- Dzisaj nauczę was, jak się prosi - usmiechnęła się.
Zawołała mnie, więc podeszłem. W ręku miała dropsa dla gryzoni. Oblizałem sie
ponieważ bardzo je lubiłem.
- No, Kamchu! Teraz POPROŚ! - dziewczyna podniosła smakołyk do góry, tak ze
zawisł nad moją głową.
Popatrzyłem na niego. Miałem straszną ochote go spałaszować, jednak nie bardzo
wiedziałem jak go dostać. Nagle smakołyk znalazł się tuz przed moim nosem, potem
zaczął powolutku się wznosić. A ja razem z nim. Aż w końcu stanąłem na tylnych
łapkach. Wyciągnęłem głowę, przednie łapki zgiąłem, Ola powiedziała:
- Poproś!
Stanąłem na placach. I... Dostałem dropsa. Ola pochwaliła mnie, i to samo robił
Spot. Ale za pierwszym razem się wywrócił, więc próbował jeszcze raz i on też
dostał dropsa i pochwałę od Oli. Ćwiczyliśmy to tydzień, pod koniec, nawet żeby
dostać smakołyk musieliśmy zrobić jeden pełny obrót. Obrót ten robiliśmy tylko
na komendę:
- Zatańcz!
Ola zawsze wtedy się z nas smiała. Ale dostawaliśmy wtedy lepszy smakołyk. I tak
własnie upływałnęły pierwsze 3 miesiące spędzone w schronisku.
Rozdział XIII
Pamiętam. To byłe ten pamiętny dzień - poniedziałek. To własnie wtedy Ola
pierwszy raz nie przyszła. Wtedy nie przyszedl zupełnie nikt, poza jakąś osobą
która nas karmi. Od tego dnia minęły 3 tygodnie... Potem miesiąc. Ściółke teraz
zmieniano nam rzadziej, bo co 2 tygodnie. Nie brano na ręce, nie dawano
smakołyków. Pamiętałem Olę, mały Spot chyba też - i po raz drugi zatęskniłem za
dotykiem ludzikch rąk. Pierwysz raz teskniłem za Judytą, teraz za Olą. To były
jedne dwie osoby dla których chciałem żyć, cieszyłem się na sam ich widok. A
największą radość sprawiała mi zabawa i chwile wspólnie spedzone. Mijały dni.
Spot z dani na dzień się zmieniał - chudł w oczach, nie miał humoru, nie
uśmiechał się, oczy straciły blask, stracił siłę. Ja zresztą nie miałem się
lepiej. Ale nikogo to nie interesowało.
---
To był kolejny dzień, z grubsza bez wiekszego sensu. Lecz myliłem sie. Leżałem
na sianie obok Spota. Gapiłem się tempo w przeciwległą ściane pomieszczenia.
Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi wejściowych, które budziło mnie codziennie.
Nie zwróciłem na to zupełnie uwagi, bo i po co się odwracać, skoro i tak mnie to
nic nie interesuje. Chciałem tylko "świętego spokoju". W końcu jednak ktos
pojawił się przed naszą klatką. Była to kobieta. Pochyliła sie i zajrzała do
klatki. Podniosłem głowę. Spot spał i nie miał najmniejszej ochoty choćby się
ruszyć. Kobieta patrzyła na mnie z uwagą. Potem uśmiechnęła się, ale oczy miała
smutne i wyszła. Postanowiłem nic sobie z tego nie robić i powróciłem do
poprzedniego zajęcia. Jednak zdziwiłem sie po kilku minutach bo kobita wróciła i
to z jakąs inną potem ta druga odziana [a jakże inaczej] w rekawice na siłę
wepchnęła nas do białego pudełka z dziurkami. Skądś to znałem. Trzęsło i stało
się duzo chłodniej. Masked jak zwykle wtulił się we mnie. Szepnąłem - chyba mamy
właściciela. Potem obaj długo milczeliśmy.
Rozdział XIII
Pamiętam. To byłe ten pamiętny dzień - poniedziałek. To własnie wtedy Ola
pierwszy raz nie przyszła. Wtedy nie przyszedl zupełnie nikt, poza jakąś osobą
która nas karmi. Od tego dnia minęły 3 tygodnie... Potem miesiąc. Ściółke teraz
zmieniano nam rzadziej, bo co 2 tygodnie. Nie brano na ręce, nie dawano
smakołyków. Pamiętałem Olę, mały Spot chyba też - i po raz drugi zatęskniłem za
dotykiem ludzikch rąk. Pierwysz raz teskniłem za Judytą, teraz za Olą. To były
jedne dwie osoby dla których chciałem żyć, cieszyłem się na sam ich widok. A
największą radość sprawiała mi zabawa i chwile wspólnie spedzone. Mijały dni.
Spot z dani na dzień się zmieniał - chudł w oczach, nie miał humoru, nie
uśmiechał się, oczy straciły blask, stracił siłę. Ja zresztą nie miałem się
lepiej. Ale nikogo to nie interesowało.
---
To był kolejny dzień, z grubsza bez wiekszego sensu. Lecz myliłem sie. Leżałem
na sianie obok Spota. Gapiłem się tempo w przeciwległą ściane pomieszczenia.
Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi wejściowych, które budziło mnie codziennie.
Nie zwróciłem na to zupełnie uwagi, bo i po co się odwracać, skoro i tak mnie to
nic nie interesuje. Chciałem tylko "świętego spokoju". W końcu jednak ktos
pojawił się przed naszą klatką. Była to kobieta. Pochyliła sie i zajrzała do
klatki. Podniosłem głowę. Spot spał i nie miał najmniejszej ochoty choćby się
ruszyć. Kobieta patrzyła na mnie z uwagą. Potem uśmiechnęła się, ale oczy miała
smutne i wyszła. Postanowiłem nic sobie z tego nie robić i powróciłem do
poprzedniego zajęcia. Jednak zdziwiłem sie po kilku minutach bo kobita wróciła i
to z jakąs inną potem ta druga odziana [a jakże inaczej] w rekawice na siłę
wepchnęła nas do białego pudełka z dziurkami. Skądś to znałem. Trzęsło i stało
się duzo chłodniej. Masked jak zwykle wtulił się we mnie. Szepnąłem - chyba mamy
właściciela. Potem obaj długo milczeliśmy.
Rozdział XIV
Siedzieliśmy tacy milczący w ciemnościach spowijających wnętrze pudła. Po chwili
jednak wstrząsy, które do tej pory nie były aż tak odczuwalne wzmogły się.
Domyślałem się, że jesteśmy gdzieś niesieni. Potem nagle trzesienie ustało
całkowicie i dobiegło nas głębokie, basowe ujadanie. Zamarłem nadsłuchując.
Masked popatrzył na mnie pytająco, ale ja dalej wsłuchiwałem się, już teraz w
radosne poszczekiwanie. Znałem je skądś, ale w tej chwili nie byłem w stanie
sprecyzować skąd. Potem poczuliśmy wstrząsy, z których ostatni - najmocniejszy -
świadczył o tym, że pudło w którym byliśmy zostało gdzieś położone. Czekałem
pełen niemiłego napięcia. Czułem jak z każdą chwilą moje wnętrzności skręcają
się w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Nagle wieko pudła uchyliło się i wpadło do
niego światło. Popatrzyłem w górę, na ręke, która odchylała pokrywę. Potem dłon
zniknęła, po chwili pojawiła się ponownie, lecz tym razem już w towarzystwie
drugiej. Obie opadły delikatnie na dno pudła, w przeciwległym końcu. Masked
pierwszy sie otrzasnął i szturchnął mnie lekko w bok. Nie ruszyłem się. Mój
towarzysz zaczął iść w stronę rąk, zatrzymał się, odwrócił:
- Nie idziesz? - zapytał.
- Nie wiem - mruknąłem, podnosząc się powoli na nogi.
- Chodź, nie mamy nic do stracenia... - zachęcał Masked - Jeśli stąd nie
wyjdziemy to nigdy się nie dowiemy do kogo trafiliśmy... Zresztą... - dodał po
krótkim namyśle - Chyba nie może nas spotkać nic gorszego niż dotychczas...
Usmiechnął się pierwszy raz od wielu dni. I ruszył w stronę wyciągniętych rąk.
Przysiadł na nich, a one powoli tworząc bezpieczny domek uniosły go w górę.
Zniknął mi z oczu. Nim zdąrzyłem sie zastanowić nad czymś, ręce znów znalazły
się w pudle.
- Chodź mały... Chodź nie zrobię ci krzywdy - powiedziała kobieta z czułością.
- Co ma być to będzie - mruknąłem przekonując sam siebie - A jak już bedzie to
jakoś sobie z tym poradzimy.
Ruszyłem w stronę rąk i zgrabnie na nie wskoczyłem. Zacząłem je wąchać - po raz
drugi od kąd tu przybyłem znalazłem coś dziwnie znajomego. wąchałem natarczywie
dopóki kobieta nie umieściła mnie w zlewie w którym już pluskał się masked.
Rozejrzałem się i nagle coś we mnie kliknęło. Zrozumiałem wszystko i to tak
gwałtownie, że ogarnęła mnie tak spontaniczna radośc jakiej od nawna nie znałem.
Masked gapił się na mnie jak na na kompletnego wariata, kiedy skakałem jak głupi
w wodzie rzbryzgując ja dookoła. Gdy sie wreszcie opanowałem podeszłem do
Maskeda, unieruchomionego obecnie, ponieważ był szorowany. Podeszłem bliziutko i
szepnąłem:
- Ja tu byłem...
Masked wytrzeszczył na mnie oczy, ale nie zdąrzył nic powiedzieć, bo kobieta
przeniosła go do drugiej komry zlewu. Wyszorowała mnie szybko, potem obu
opłukała i usadowiła w recznikach. Potarła troszkę i nasza sierść zrobiła się
całkiem sucha. Usmiechnęła się i wsadziła nas - jak przypuszczałem - do tej
samej klatki w której mieszkałem kiedyś. Była urządzona praktycznie identycznie,
jedyną różnicą był domek - trochę większy niż dawniej i większa miska z
jedzeniem. Obaj dopadliśmy miski i bez wiekszego opamietania zaczęliśmy się
opychać, gdy skończyliśmy zalegliśmy na dachu domku.
- A więc, byłeś tutaj tak? - zapytał Masked - Jak tu jest?
- Hmmm... - ciężko było mi to ubrać w jakieś słowa - To jest raj, prócz nas są
tu jeszcze inne szczury. - zamyśliłem się na chwilę, przypominając sobie ich
kolejno - Jest Abdul lub Sugar, Kola i Kinia.
masked po raz kolejny wytrzeszczył oczy, szczęka mu opadła i gapił się tak
oniemiały na mnie. Potem zaknął paszczę i znów sie odezwał:
- A więc poznasz mnie z nimi - powiedział uśmiechając się - Ja chyba sie
zdrzemnę, jak chcesz to bierz hamak.
Zsunąłem się z daszku domu i ruszyłem w stronę drabinki, prwadzacej na pięterko.
Wdrapałem się na hamak i ulokowałem. Pomyślałem: "Ach.. znowu jestem u
Judyty...". Przymknąłem oczy i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, Masked jeszcze
drzemał, a nasza klatka stała tam gdzie kiedyś - obok klatki Koli i Kini.
Popatrzyłem w tamtą stronę i stwierdziłem, że w hamaku leży Kinia, obok niej
wtulona Kola a za nimi jeszcze ktoś. Ale widziałem tylko, ogon więc nic więcej
nie byłem w stanie powiedziec. Potem rozleniwiony utkwiłem urzeczony wzrok w
śpiącą Kinię. A potem... Znów zasnąłem.
Rozdział XV
Obudziło mnie silne szturchnięcie. Otworzyłem niechętnie jedno oko i spojrzałem
powli na Maskeda, który nadal mnie szturchał, wyraźnie nie zauważając, że się
obudziłem.
- Już nie śpię - wychrypiałem.
- Ach... - Masked był wyraźnie czymś zachwycony. - To świetnie...
Wstałem i zeskoczyłem z hamaku, na którym pozostał już tylko urzeczony Masked.
Poedszedłem do poidełka i zacząłem pić zimną wodę. Od razu poczułem się
rozbudzony. Zabrałem się z toaletę. Kiedy skończyłem rzuciłem spojrzenie na
Maskeda. Młodzik siedział nadal na hamaku gapiąc się na sąsiednią klatkę.
Zaciekawiony tym przysunąłem sie do ścianki klatki, z której najlepiej było
widac pomieszczenie samic. Wszystkie siedziały tyłem do mnie i jadły śniadanie.
Na początku wogóle się nie zdziwiłem, dopiero później stwierdziłem, że ogonów
prezy misce jest trochę za dużo, dokładnie za dużo o jeden. Stanąłem na dwie
łapki, aby lepiej widzieć. Zobaczyłem kruczo czarne plecy Koli, biało - kremową
Kinię i kogoś jeszcze - plecy tego szczura były również białe, z tą różnicą, że
łaty na nich nie były kremowe jak u Kini, lecz ciemnoszare. Zerknąlem dyskretnie
na Maskeda gapiącego się właśnie w tego szczurka i uśmiechnąłem się sam do
siebie. Podszedłem do Maskeda i szturchnęłem tak mocno, że o mały włos, a
zwaliłby sie z hamaku.
- Co ty robisz?! Chcesz mnie zabić - ryknął na mnie.
- Nie no coś ty... - odparłem spokojnie i przewróciłem oczami.
- Nie? - krzyknął, ale tym razem uśmiechał sie i udawał obużonego - To zaraz
zobaczymy!
Skoczył na mnie i obaj zwaliliśmy się z łoskotem na pieterko i rozpoczęła się
bitwa. Oczywiście, obaj udawaliśy i rzadnemu nie działa się krzywda. Bawiliśmy
sie tak dłuższą chwilę, a gdy wreszcie sie zmeczyliśmy, obaj rzuciliśmy się do
poidła. Masked był pierwszy i już przytykał pyszczek do rurki gdy na niego
wpadłem z całym impetem. Szczurek wywrócił się na bok, a ja już chciałem się
napić.
- Znowu zaczynasz? - zapytał usmiechając się.
- To już skończylismy?
Zaśmalismy się krótko i na nowo zaczęłiśmy bijatykę, zapominając całkowicie o
piciu. Kiedy skończyliśmy ledwo dowlekliśmy się do poidła. Masked pił pierwszy,
ponieważ ja byłem strszy, a i co za tym idzie silniejszy, więc postanowiłem dać
mu napić sie pierwszemu, jakoże przegrał walkę. Potem napiłem się ja. Masked
zajął się futerkiem, a ja jedzeniem i wtedy weszła Judyta. Podeszła do naszej
klatki i zestawiła ją na ziemię obok innych klatek. Otworzyła drzwiczki i powoli
wszyscy opusciliśmy klatki. Masked trzymał sie blizutko mnie, kiedy powoli
podeszłem do grupy. Tak jak za pierwszym razem wystąpił Abdul. Tym razem nie
cofnąłem się i nie wystraszyłem, w przeciwieństwie do Maskeda.
Bardzo możliwe, że stało sie tak z racji tego, że ja byłem teraz równy Abdulowi,
a Masked troszke mniejszy. Abdul zmierzył mnie wzrokiem, a potem uśmiechnął się
promiennie. Najwidoczniej, mimo iż moje futerko troche wyblakło od pierwszego
spotkania chyba mnie poznał. Potem powąchał mój nos i obwąchał nos Maskeda.
- Cześć młody! - przywitał mnie - Kopę lat!
- Cześć Abdul - usmiechnąłem się.
- Witam też młodego towarzysza - powiedział patrząc na Maskeda.
- Yyy... Cześć - wyjąkał Masked.
- Aha. Zapomniałbym. - wtrąciłem się. - MAsked to jest Abdul lub Szugar, Abdul
to jest Masked, albo Spot.
- Wole żeby mnie nazywać Masked - rzekł.
- Jasne - odparliśmy obaj.
Potem z usmiechami podeszliśmy do pań. Kola i Kinia chyba poznały mnie zanim
zdąrzyłem sie odezwać obie podeszły i polizały mnie w nos. [To taki szczurzy
buziak].
- Cześć - bąknąłem - To jest mój przyjaciel Masked.
Masked ukłonił się lekko, gapiąc się na szaro - białą szczurkę.
- Witaj Masked - odezwały sie dziewczyny.
- A tak zapomniałbym! - tym razem wtrącił sie Szugar - To jest... - wskazał na
szaro - białą szczurkę - Pepsi. Pepsi to jest Masked i eee...
- Już mam imię - wyjaśniłem - Kamchu.
- Ach.. No więc to jest Kamchu.
Po tym dość przeciągłym zapoznaniu zaczęłiśmy sie bawić w berka ganiając jak
opetani. Gdy skończyliśmy ja i Abdul wdaliśmy się w małą inscenizacje bójki. W
końcu wśród salw śmiechu wywołanych przez nas opadliśmy na ziemię, aby odpocząć.
Zerknąłem dyskretnie na Kinię, ona też sie na mnie patrzyła. Przez bardzo krótką
chwilę patrzylismy sobie w oczy, a potem ona puściła oko i sie odwróciła z
usmiechem. Poczułem miłe sensacje w żołądku. Kola położyła sie obok Abdula i
wtuliła w jego bok.
- Kamchu, Masked! - zawołał nas Szugar - Chodźcie bliżej!
Podsunąłem się i położyłem obok Kini, ale jej nie dotykałem; Masked usadowił się
między Kinią a Pepsi.
- Mam ptytanie - odezwała się w końcu Kola. - Co się z Tobą, właściwie z Wami
działo przez ten czas?
Westchnąłem cicho. Jakoś nie bardzo miałem ochote o tym mówic. Kola chyba to
zauważyła bo sie speszyła, i popatrzyła na mnie przepraszającym wzrokiem.
Rzuciłem znaczące spojrzenie Maskedowi, a ten kiwną lekko głową. A potem
zacząłem opowiadać. Mówiłem, od czasu do czasu dając wtrącic sie Maskedowi.
Wszyscy słuchali z zapartym tchem, aż do końca opowieści. Nawet nie zauważyłem
kiedy Kinia podsunęła się do mnie tak blisko, że prawie się we mnie wtuliła. Ale
szczerze mówiąc wcale mi to nie przeszkadzało. Abdul już chciał się odezwać gdy
podeszła Judyta i złapała nas ostrożnie. Pogłaskała każdego z osobna wyjątkowo
pieszczotliwie i wsadziła do klatek. Gdy tylko sę tam znalazłem zacząłem jeść,
Masked razem ze mną. Szybko załatwiliśmy toaletę i mały zapdł w sen. Ja co
prawda, położyłem się obok, ale nie spałem. Rozmyślałem... Stwierdziłem, że po
opowiedzeniu tego wszystkiego poczułem się lepiej. A potem poczułem piasek pod
powiekami, leżałem jeszcze chwilkę myśląc o tym wszystkim, a potem zasnąłem.
Rozdział XVI
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Ja i Masked na dobre zadomowiliśmy się u Judyty.
U niej jako pierwszej zaznałem jak ciekawe no i rzecz jasan dobre może być życie
u człowieka. A z tą chwilą utwierdziłem się w przekonaniu, że teraz jako starszy
i z pewnością dużo bogatszy w doświadczenia, niekoniecznie dobre szczur mogę
śmiało stwerdzić, że nie wszyscy ludzie są źli. Chociaż, choć ciężko sie
przyznać wydaje mi się, że jednak więcej jest tych "złych". Ci źli to słomiani
zapaleńcy nie mający za grosz szacunku do zwierząt, tacy którzy kupuja je pod
wpływem nałych emocji czy zafascynowania, czyli w skrócie tacy jak mój pierwszy
właściciel. Jeszcze gorsi od nich są tacy, którzy mimo iż szczurzy fach nie jest
im obcy zajmują się zwierzętami, byc może dobrze, lecz jedynie dla pieniędzy -
tu przedstawiam drugiego, nie licząc Judyty właściciela, a właściwie jego ojca,
który prowadził dużą hodowlę szczurów i nie zapominając o samym właścicelu
naszego sklepu zoologicznego. Chociaż jak pisałem wyżej są i ci dobzi -
przedewszystkim Judyta która dwa razy uratowała mi życie i chwała jej za to [ w
końcu u nije zanzałem prawdziwego szczurzego życia, dosłownie raju]. dalej
kochana Ola, która poświeciła mi i Maskedowi dużo czasu i wciąż dawała mi
nadzieję, na istnienie tych dobrych ludzi. Dalej może nie najlepszy, ale nasz
drugi właściel [ten od ojca hodowcy] zajmował sie nami należycie, może nie był
to raj jak u Judytki, ale nie można narzekać. Przechodziłem z rąk do rąk i w
końcu trafiłem do tych najlepszych jakich zapach poznałem. ciesze się
niezmiernie też z tego, że Masked, wreszcie zaznał spokoju. W końcu jak na tak
młodego szczurka przeżył dużo, może nawet trochę za dużo.
Jestem ojcem 7 małych szczurków - 4 samiczek i 3 samczyków, które odchowane przy
Kini trafiły, mam nadzieje w dobre ręce. Więc na obecną chwilę mogę tylko i
wyłącznie cieszyć się z tego co mam. Masked i reszta paczki też mają się dobrze.
U Judyty na szczęście zostaję na dożywocie, więc nie musicie się o mnie
martwić... Na koniec dodam, że życzę każdemu szczurowi, aby trafił do osoby
takiej jak Ola czy Judyta.
Kamchu
Koniec
|