Przygodu szczura

Rozdział 1

Obudziłem się i spadłem z kołowrotka. Upadłem na mokre trociny i rozbudziłem się całkiem. Szybko wskoczyłem z powrotem do kołowrotka. Łukasz już dawno nie zmieniał ściółki. Łukasz to mój właściciel, a raczej nasz właściciel. Jestem szczurem, nie mam imienia. Mam za to mamę, tatę i dwadzieścia dwoje rodzeństwa. Nie mieszkamy w sklepie zoologicznym, tylko u ludzi. Nie traktują nas najlepiej. Ostatnie raz byłem poza klatką, kiedy ktoś przyszedł i Łukasz mówił, że ma szczury na oddanie, a to było bardzo dawno. Czy ktoś by mnie wziął? Czy byłoby mi u niego lepiej? Nie wiem. Wiem, że w klatce jest mokro. Na szczęście zaklepałem sobie kołowrotek do spania. Moi czterej bracia śpią gdzie popadnie: na gałęzi, w miseczce i w innych miejscach, byleby tylko nie dotykać mokrej ściółki. Mieszkam w małej klatce razem z ojcem i braćmi. Moje siostry mieszkają w klatce pod nami, a na samym dole mieszka moja mama razem z najmłodszym rodzeństwem. Cieszę się, że przynajmniej mam dużą rodzinę i nie jestem samotny. I zawsze mam coś do jedzenia. Rozejrzałem się po malutkim pokoju. Nasze klatki stały jedna na drugiej w rogu pokoju. W drugim rogu znajdowało się niewielkie biurko. Było tam jeszcze wielkie, piętrowe łóżko, które zajmowało połowę pomieszczenia. Obok łóżka z trudem wciśnięto jeszcze jedno biurko, a na nim stało coś, czego nazwy nie znam, ale ma to duże okno, w którym ciągle zmienia się widok, wielkie pudło z przyciskami, deskę z innymi przyciskami i takie coś przypominające szczura, co ludzie ciągle przesuwają. Bardzo lubią przy tym siedzieć i prawie wcale się nami nie zajmują. Nagle usłyszałem jakiś szelest i podskoczyłem ze strachu. To Łukasz się obudził.
- Nareszcie sobota...
Nie wiedziałem, co to jest ta "sobota", ale wiedziałem, że kiedy Łukasz mówi "sobota", to znaczy, że zmieni nam ściółkę. Ucieszyłem się. Łukasz wstał, ubrał się i wyszedł z pokoju. Czekałem cierpliwie, aż przyjdzie. Przyszedł, ale nie do nas. Zawiodłem się, bo usiadł przy tym czymś, nacisnął przycisk i w oknie zaczęły pokazywać się kolorowe obrazki. Posmutniałem. Pomyślałem, że dziś MUSI zmienić nam ściółkę, więc zacząłem biegać jak szalony w kołowrotku budząc całą rodzinę. Nie dbałem o to. Łukasz odwrócił się i spojrzał na klatkę.
- Szczury...
Podszedł i spojrzał na mnie, a potem na ściółkę. Skrzywił się, po czym powiedział:
- Chyba już trzeba zmienić. Ech! A miał to dziś zrobić Tomek!
Bardzo się ucieszyłem. Łukasz zmienił ściółkę we wszystkich klatkach. Jak miło postawić łapkę na czymś suchym... Zabrałem się razem z innymi do jedzenia. Było to bardzo trudne, zmieścić się przy jednej miseczce, bo klatka była mała, a nas dużo. Za to jedzenia nigdy nie brakowało. Oczywiście wolelibyśmy, żeby dano nam chociaż raz coś innego, niż jedzenie dla chomików. Przez resztę dnia bawiłem się z braćmi. Ale nikt nas nawet nie pogłaskał, żaden z nas nie ma nawet imienia... Chciałbym się pobawić z człowiekiem, ale nie mam na myśli ciągnięcia za ogon. Bardzo tego nie lubię, a Łukasz, jego brat i siostra często to robią. Od urodzenia siedzę w tej klatce, a poza nią byłem kilka razy. Najczęściej ktoś bierze mnie na rękę, bardzo mocno trzyma za ogon i ściska drugą ręką. Czy kiedyś będzie inaczej? Czy trafię do kogoś dobrego? Czy kiedyś gdzieś trafię?

Rozdział 2

Kiedy Łukasz wstaje rano i mówi "poniedziałek", znaczy to, że pójdzie gdzieś i przez połowę dnia nie wróci. Wtedy czujemy się jeszcze bardziej osamotnieni. Chociaż nikt się nami nie zajmuje, wolelibyśmy, żeby ktoś tu był. A dzisiaj Łukasz wstał rano i powiedział "poniedziałek". Jakiś czas potem nasz właściciel był ubrany i poszedł. Bardzo bym chciał wiedzieć, gdzie. Mnie jak zwykle czekała nuda. Nie siedziałem w kołowrotku - po co?
- Hej, może się pościgamy?
To jeden z moich braci.
- Dobra!
Klatka była bardzo mała, ale na małą gonitwę miejsca starczało. Miał wygrać ten, kto pierwszy dobiegnie do patyka na drugim końcu klatki. Jedyną trudnością było ominięcie pozostałych mieszkańców. Ruszyłem przed siebie przeskakując młodszego brata i przewracając miskę z jedzeniem. Znalazłem się pierwszy przy patyku.
- Wygrałem!
Brat nie chciał się z tym pogodzić. Podszedł i usiłował mnie odepchnąć. Nie dałem się. Za to brat ugryzł mnie w ogon i uciekł. Nie chciałem mu tego puścić płazem i zacząłem go gonić. Pozostali mieszkańcy klatki nie wiedzieli o co chodzi, ale też przyłączyli się do pościgu - lepsze to, niż nudzić się. Cała nasza klatka chybotała się przez naszą gonitwę. Wszystkie trzy klatki coraz bardziej się trzęsły. Nagle zatrzymaliśmy się. W tym samym momencie cała klatka przechyliła się. Potem widziałem już tylko rozsypaną wszędzie ściółkę. Podniosłem się wystraszony. Klatka leżała na boku... Góra klatki była przede mną... A drzwiczki były... Otwarte! Wybiegłem przez nie, oddaliłem się kawałek, żeby na wszystko spojrzeć z daleka. Małe krzesełko, na nim klatka, a na niej jeszcze jedna. Powinna tam się znajdować jeszcze trzecia, ale ona leżała na podłodze. Zastanowiłem się chwilę. Po chwili dotarło do mnie, że jestem wolny! Tak samo, jak moi bracia! Zawsze chciałem być wolny. Obiegłem cały pokój dookoła. Zajrzałem pod łóżko. Miałem okazję, żeby przyjrzeć się temu czemuś, przy czym ludzie spędzają tyle czasu. Zajrzałem za biurko, na którym to stało. Za biurkiem było mnóstwo różnych sznurków, koloru szarego. Ojciec mówił mi, żeby nigdy tego nie gryźć, bo to boli i nie można się potem ruszać. Więc trzymałem się od tego z daleka. Za to nie mogłem się powstrzymać, żeby się nie wspiąć na górę. Niestety, sznury były zbyt śliskie. Szkoda, a tak bardzo chciałem się przyjrzeć temu, co ludzie tak chętnie przesuwają... Rozglądałem się jeszcze jakiś czas. Po wielkim kawałku materiału, pod którym ludzie śpią, udało mi się dostać na łóżko. A z łóżka dostałem się na biurko i mogłem się przyglądać temu dziwnemu szczurowi, ile tylko chciałem. Z bliska wyglądał nieciekawie. Jego kształt był zbliżony do jaja. Całe to było szare, a głowę miało przedzieloną na dwie części. Poza tym to miało bardzo długi ogon.
- Cześć, jak się nazywasz?
Nie odpowiedziało. Pomyślałem, że niedosłyszało, więc powtórzyłem pytanie. Nadal milczało. Może śpi? Przesunąłem to trochę, ale nie dawało znaku życia. Już wiem! Pewnie straciło przytomność! Przez jakiś czas próbowałem to obudzić. Bezskutecznie. Doszedłem do wniosku, że może się wstydzi, a może... Może jest przywiązane! Może to coś długie to nie ogon, tylko sznur! Wolność to najlepsza rzecz. Postanowiłem, że uwolnię to coś. Na pewno będzie mi wdzięczne. Zabrałem się do pracy. Gryzłem ten sznur i gryzłem. Bardzo długo. Myślałem, że już nigdy nie uda mi się przegryźć tego sznura, ale w końcu udało się.
- EJ! SIO!
Wystraszyłem się. Byłem tak zajęty uwalnianiem dziwnego szczura, że nie usłyszałem, że Łukasz wrócił. Nasz właściciel szybko postawił klatkę, po czym złapał mnie za ogon. Wisiałem głową w dół. Nagle wylądowałem w klatce. Łukasz szybko złapał wszystkich moich braci. Było mi bardzo smutno. Nie nacieszyłem się wolnością.
- Niech to! Przegryzł mi kabelek od myszki!
A więc to coś to się nazywa Myszka! Na drugi raz będę wiedział. O ile będzie drugi raz. Wolność to najfajniejsze uczucie. Tego wieczora postanowiłem, że ucieknę. Powiedziałem to bratu, ale mnie wyśmiał. Odrzekł, że Łukasz złapie mnie, zanim zdążę dobiec do drzwi. Ale ja wiedziałem swoje. Najpierw potrzebowałem imienia. Zasypiałem już w kołowrotku, kiedy usłyszałem, że Łukasz mówi sam do siebie:
- Flower to znaczy kwiatek... Tent to znaczy namiot... Run to znaczy biegać... Tramp to znaczy włóczęga...
Tramp. To doskonałe imię... Tramp... Od dzisiaj jestem Tramp...

Rozdział 3

Od mojej ostatniej ucieczki Łukasz już trzy razy wstał rano i powiedział "poniedziałek". Wszyscy w klatce wiedzą już, że
jestem Tramp. Moi bracia też sobie ponadawali imiona. Niestety, nikt nie traktuje poważnie moich planów ucieczki. Nikt mi nie chce pomóc. Ojciec powiedział mi, że kiedyś był na zewnątrz. Tam jest zimno i niebezpiecznie. Odpowiedziałem, że to i tak lepiej niż w klatce, ale nie słuchał. Szczerze odradzał mi uciekania, mówił, że nie przeżyję tam. I tak spróbuję się wydostać.
Tego dnia Łukasz wstał rano i powiedział "środa". Oczywiście, znikł gdzieś na pół dnia, ale wrócił z innymi ludźmi. Od razu obmyśliłem plan ucieczki. Niechby tylko któryś wziął mnie na ręce, to bym zeskoczył i... Właśnie, i co? Uznałem, że najlepiej najpierw wykonać fazę 1 planu, więc zacząłem biegać jak oszalały po klatce usiłując zwrócić na siebie ich uwagę. Udało się, jeden z nich spytał się Łukasza, czy może "wziąć na rękę jednego?". Łukasz się zgodził, a ten obcy podszedł i otworzył klatkę. Niestety, sięgnął ręką po jednego z moich braci. "Nie" - pomyślałem - "Mój plan nie może zawieść". Z rozpędu wskoczyłem na rękę obcego, spychając jednocześnie brata. Zdążyłem jeszcze tylko powiedzieć "żegnajcie". Myślałem, że zeskoczę za chwilkę, ale obcy bardzo szybko się wyprostował. Byłem teraz bardzo, bardzo wysoko, skakać to by było wariactwo. Szybko obmyśliłem plan. Kiedy obcy zbliżał się do łóżka, pomyślałem "raz się żyje", zamknąłem oczy i skoczyłem. Myślałem, że uderzę o twardą podłogę, ale upadłęm na miękie łóżko. Zanim ktoś zdążył się zorientować, błyskawicznie zeskoczyłem z łóżka i wybiegłem przez otwarte drzwi. Znalazłem się w pokoju, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Stało tam mnóstwo czegoś, co ludzie wkładają na nogi. I były tam jeszcze trzy pary drzwi. Słyszałem już sa sobą odgłosy pościgu, więc szybko przebiegłem przez jedyne otwarte drzwi. Znalazłem się w największym pomieszczeniu, większego nigdy nie widziałem. Biegnąc uznałem, że najlepiej uciekać środkiem pokoju, bo będą bali się, że mnie rozdepczą. Nagle coś mnie złapało za ogon. "Nie, ja muszę uciec" - pomyślałem. Odwróciłem się i z całej siły ugryzłem tą rękę. Poskutkowało, byłem wolny. Szybko wbiegłem pod coś podobnego do czarnego pudełka, w którym ciągle zmieniały się obrazy. Nie mogli mnie tam sięgnąć. Na spokojnie rozejrzałem się dookoła. Na lewo był tylko stół, a na prawo... Jeszcze jedne, otwarte drzwi. Musiały wychodzić na zewnątrz, bo wiało z nich chłodem. MUSIAŁEM przez nie przebiec. Nagle usłyszałem hałas. Łukasz z obcymi przesuwali pudło. "Teraz, albo nigdy". Błyskawicznie wyskoczyłem zza pudła i przebiegłem przez szklane drzwi. Ślepa uliczka. Platforma nad ziemią. Co teraz? Już biegli. Biegli, żeby mnie złapać. "Nie, nie chcę spędzić całego życia w klatce, wolę się zabić". Zrobiłem to. Z pełnego rozpędu skoczyłem z platformy. Usłyszałem tylko, jak łukasz krzyczy, a potem czułem już tylko zimne powietrze. Chciałem popatrzeć na świat, ale
wiatr tak drażnił mi oczy, że je zamknąłem. Czekałem już tylko na uderzenie.

Rozdział 4

Leciałem i leciałem i czekałem, aż to się wreszcie skończy. To było straszne, tak oczekiwać na najgorsze. Nagle poje pazurki zaczepiły się o coś. Odruchowo złapałem to drugą łapką. Trzymałem to bardzo mocno, jakby od tego zależało moje życie. A zależało, więc trzymałem jeszcze mocniej. Otworzyłem oczy. To było coś, co mój ojciec nazywał "drzewem". Szybko się na to wspiąłem. Wreszcie dotarło do mnie, że zrobiłem to: uciekłem! Obejrzałem się. Za mną stał wielki, szry budynek, a na jednej z platform z niego wystających stał Łukasz i krzyczał coś w stylu: Zostań tam! "Nie mam mowy" - pomyślałem. Szybko zsunąłem się po "drzewie" na ziemię. Świat stał przede mną otworem.